Ostatnie kazanie ojca Hieronima

Autor: Leila
Korekta: Inkwizytor
29 kwietnia 2006

Ty, który jesteś Światłem i Mocą i Odrodzeniem;


Który przechodzisz przez ciemność, niosąc płomienie słońc;


Który przechodzisz przez noc, niosąc blask świtu na wschodzie;


Który przechodzisz przez śmierć, niosąc nadzieję ludziom;


Niechaj po wieki będzie sławione Twe imię.


Albowiem nie ma mroku, którego nie przenikniesz;


Ani pustki, której nie wypełnisz


 

                                              Hymn poranny


 

I.

Muzyka rozbrzmiała dokładnie w momencie, w którym przez główny witraż wpadł pierwszy promień słońca. Melodia organów i ludzkie głosy splotły się w jeden wibrujący ton, by po chwili rozpaść się na dziesiątki osobnych dźwięków. Zwielokrotnione echa wypełniły ogromną przestrzeń katedry ­– odłamki melodii o niesłychanej różnorodności, a jednak składające się na powrót w jedną, niemalże doskonałą całość. Tysiące pielgrzymów wstrzymały oddech. Spodziewali się czegoś niezwykłego, ale to, co zastali, przekroczyło ich najśmielsze oczekiwania. Nie na darmo powiadano, że to miejsce cudów, przemieniające każdego, kto przybył tu z otwartym sercem. Na twarzach duchownych podziw mieszał się z zadumą, niektórzy pozwalali porwać się religijnemu uniesieniu. Uczestniczyli już w wielu odprawianych tutaj mszach, jednak za każdym razem, kiedy blade poranne światło ożywiało wizerunki świętych w ostrołukowych oknach, wydawało im się, że są bliżej Wszechstwórcy niż kiedykolwiek. Wszyscy wierni, choć tak przecież różni, w tej jednej chwili czuli, jak ich myśli i dusze unoszą się w górę, stapiając ze światłem i muzyką.

Chór zaintonował monumentalny „Hymn poranny”. Na podwyższenie, na którym stał ołtarz wkroczył starzec w białych szatach obszytych czerwienią. Kiedy stanął przed mównicą odstawił laskę, wyprostował się i powiódł wzrokiem po zgromadzonych. Śpiew umilkł ustępując ciszy - namacalnej, wszechogarniającej, przepajającej. Presbuteros Hieronim zamknął oczy i pozwolił, by wypełniło go milczenie. Potrzebował wielu, bardzo wielu lat, by pojąć, że to właśnie w nim, a nie w oszałamiającej muzyce można odnaleźć tchnienie Wszechstwórcy. Powoli nakreślił w powietrzu znak wrót.

-         Bądźcie błogosławieni bracia i siostry. – głos Hieronima był pewny; pomimo sędziwego wieku dźwięczała w nim siła. -  Kiedy na was patrzę, dziękuję Wszechstwórcy za każdy dzień, który witałem tutaj głosząc wam słowa Proroka i nauki jego Apostołów. Dziękuję, że obdarzył mnie tak długim życiem, które pozwoliło mi na służenie Mu. Czyniłem to najlepiej jak potrafiłem, choć przecież nie ustrzegłem się błędów..

Grupka duchownych zaszemrała. Pielgrzymi słuchali w nabożnym skupieniu.

-         Musicie bowiem wiedzieć, że każdy z nas jest ułomny. Każdego z nas czasami dopada zwątpienie i lęk, zwłaszcza teraz, kiedy światło świata gaśnie, kiedy wypalają się słońca. I ja się boję ciemności, która wyciąga po nas ręce

Jeden ze stojących poniżej biskupów poruszył się nerwowo, a potem postąpił kilka kroków w stronę ołtarza. Nagle znieruchomiał.

-         I dlatego – ciągnął presbuteros – dzisiaj zamiast kazania usłyszycie opowieść  o wydarzeniach, w których brałem udział i które na zawsze odmieniły moje życie. Do tej pory milczałem, ale teraz...wypełniłem, co miałem wypełnić, dlatego mogę powiedzieć prawdę, nie lękając się konsekwencji...

II.

Obudziło go stukanie w drzwi celi.

-         Opat chce się z Tobą widzieć bracie Hieronimie.

Młody mnich szybko zerwał się z posłania. Odkąd znalazł się w tym klasztorze, swojego zwierzchnika widywał jedynie na oficjalnych nabożeństwach. W cztery oczy rozmawiał z nim tylko raz, kiedy tu przybył. Była to bardzo krótka rozmowa – kilka pytań, jego nieśmiałe odpowiedzi, na koniec błogosławieństwo. Niczego więcej się nie spodziewał. W przeciwieństwie do wielu innych braci, nieustannie szukających okazji do awansu w kościelnej hierarchii, Hieronim był w pełni zadowolony ze swojego obecnego statusu. Nareszcie mógł się skupić na medytacjach, modlitwach, studiowaniu „Ewangelii Omega” i pism apostolskich. Samotny klasztor był dla niego bezpieczną przystanią. Choć był młody, widział dość zła, by zechcieć odwrócić się od spraw doczesnych. Ludzie nie potrafili się zmienić, nic więc dziwnego, że słońca zaczęły gasnąć. Widomy znak gniewu Wszechstwórcy. Jedyne, co można było zrobić, to odciąć się od całego tego zepsucia i zająć ratowaniem własnej duszy. To właśnie dlatego wybrał Eskaton. Wizje rychłej zagłady przemawiały do jego umysłu. I pośród tego wszystkiego – wąska, świetlista ścieżka, która miała go prowadzić ku Empireum..

Ponowne stukanie wyrwało go z zadumy. Opat nie mógł przecież czekać. Odmówił poranną modlitwę, obmył twarz, ubrał się i udał na spotkanie. Musiało być bardzo wcześnie, bo gdy wędrował korytarzami klasztoru cele były zamknięte i ciche.

Opat nie był sam – towarzyszył mu na oko czterdziestoletni mężczyzna o pociągłej, surowej twarzy i czarnych, przeszywających oczach, ubrany w granatową szatę z wyhaftowanymi kilkoma srebrnymi znakami. Na widok mnicha skinął głową i pozdrowił go imieniem Proroka. Sądząc po sposobie, w jaki mówił, musiał być kimś ważnym.

-         Uznałem, że brat Hieronim będzie najodpowiedniejszy do tego zadania – rozpoczął opat.

Młody mnich zdziwił się. Nie sądził, by ktokolwiek tutaj zwracał na niego uwagę. Być może innym razem ucieszyłoby go to, niemniej zagadkowe słowa o zadaniu mogły oznaczać koniec tak upragnionego spokoju.

-         Hieronimie, oto philosophus Dominik Li Halan, przedstawiciel Sanhedrynu. – nieznajomy ponownie lekko skinął głową.

Hieronim głębiej wciągnął powietrze. Sanhedryn tutaj? Coś się musiało wydarzyć. I na pewno nie było to nic dobrego. Kiedy przełamał się i popatrzył duchownemu w oczy, zrozumiał, że Dominik zauważył jego reakcję. Chwilę później poczuł, jak coś próbuje wniknąć do jego umysłu. Potrafiłby to zablokować, lecz nie uczynił tego. Nie miał nic do ukrycia.

-         Na szczęście sprawa nie dotyczy naszego klasztoru. Jego wielebność podróżuje do Czerwonych Skał. – ciągnął przełożony. – Zatrzymał się tutaj, ponieważ uznał, iż potrzebuje pomocnika i zdecydował się poszukać go u nas. Wybrałem ciebie, ze względu na twoje zdolności i oddanie służbie Wszechstwórcy.

-         Czuję się zaszczycony – wybąkał Hieronim, choć w głębi duszy nie do końca rozumiał decyzję opata. Dlaczego wybrano jego, a nie na przykład brata Izydora, który robił wszystko, by zdobyć uznanie w oczach zwierzchników, albo Dariusza, nieustannie demonstrującego swoją gorliwość i oddanie?

-         Szykuj się zatem do drogi. Jego wielebność pragnie wyruszyć za godzinę. – oszczędny gest świadczył dobitnie, iż opat uważał rozmowę za zakończoną.

Dominik milczał. Hieronim wstał, ponownie się skłonił i wyszedł z komnaty.

 

Czerwone Skały – lub też oficjalnie – klasztor pod wezwaniem św. Nikodema. O tym miejscu krążyły legendy. W samym sercu pustyni Ahmar zgłębiano najbardziej wyrafinowane kunszty. Miały się tam znajdować najrzadsze i najcenniejsze księgi, skrywające wiedzę potężną i straszną w swej mocy. Było to miejsce zamknięte - przyjmowano tam wyłącznie teurgów lub psioników, a i to nie wszystkich. Co on miał tam zrobić ?

***

Przez pierwszy tydzień podróży Dominik prawie się do niego nie odzywał. Zostawili za sobą zamieszkane tereny i zagłębili się w pustynię. Hieronim zastanawiał się, czemu philosophus wybrał karawanę, zamiast mechanicznego ptaka, bał się jednak pytać o cokolwiek. Być może była to kolejna próba.

-         Domyślam się, że zastanawia cię, do czego jesteś mi potrzebny...- Dominik zapatrzył się w migoczące w dole, wśród palm światła obozu. Wysoko w górze zapalały się pierwsze gwiazdy. – Umiesz jednak milczeć. To dobrze...

-         Konieczność włączania w sprawę kogokolwiek niezbyt mi się podoba  – podjął po chwili. - Zrozumiałem jednak, że będę potrzebował pomocy. Udasz się do klasztoru przede mną, jako nowy, przyjęty tam brat. Twoje zadanie nie powinno być dla ciebie trudne. Masz postarać się poznać swoich współbraci jak najlepiej, spróbować wyśledzić lokalne zależności i istniejące tam grupy. Ja przybędę później i przeprowadzę oficjalne śledztwo. Wiem jednak, że przede mną nie będą tak otwarci, ty zaś będziesz miał możliwość oglądu sprawy z drugiej strony.

Hieronim skinął głową. Wciąż jednak nie wiedział, o co tak naprawdę chodzi.

-         Im mniej wiesz tym lepiej. – Dominik zdawał się odgadywać jego myśli. – Ale na czymś musisz przecież się oprzeć. Dokładnie dwanaście dni temu zginęło pięciu członków ośmioosobowej Rady Wtajemniczonych, w tym przeor Daniel de Hazat, a także magistrzy Juanita Li Halan, Izmael Saphir al-Malik, Ernesto Avrez i Cyprian Ulve.

Jedni z najpotężniejszych teurgów Eskatonu... Jak on, nic nie znaczący mnich miał w jakiś sposób wyjaśnić tę zagadkę? Coś, co było zdolne ich zabić, z pewnością nie miałoby najmniejszego trudu z dosięgnięciem jego. Hieronim skoncentrował się, wyciszył emocje i odpędził natrętne myśli.

-         Oczywiście natychmiast poinformowano Sanhedryn. To bardzo poważna sprawa. Można pomyśleć – czemu tam? Ale zdarza się, że zło gnieździ się właśnie w miejscach, które są uznawane za święte. Ludzka natura jest ułomna, a w Czerwonych Skałach są ludzie, którzy mogą zapragnąć wykorzystać zgromadzoną tam wiedzę i zdobytą moc dla własnych celów. Są tam też jedne z najcenniejszych skarbów Eskatonu...Nie rozgłaszaliśmy jeszcze wieści o ich śmierci. Wiedzą o tym jedynie najważniejsi dostojnicy. I...jest jeszcze coś - z najściślej strzeżonej części biblioteki klasztoru znikł manuskrypt, jedyny egzemplarz „Księgi Płomienia”. Podejrzewamy, że ten, kto go ukradł jest odpowiedzialny za śmierć członków rady. Tak więc ty spróbujesz natrafić na ślad spisku pośród niższych rangą duchownych.

-         Cóż to za księga ? – nie wytrzymał Hieronim.

Dominik zmarszczył brwi.

-         Zgromadzono w niej potężne rytuały. I tyle na razie musi ci wystarczyć. Jeśli dobrze się spiszesz w klasztorze, być może dowiesz się więcej...-

Kamienny monolit wznoszący się ponad płaską, piaszczystą pustynią pulsował czerwienią w gorącym, rozedrganym powietrzu. Kiedy podjechał bliżej, zobaczył, jak w jednym miejscu ze skał wyłaniają się fasady budowli. Niebawem stanął przed ceramstalowymi wrotami, z których spoglądało nań ogromne szafirowe oko. Po chwili szorstki głos zapytał go kim jest i czego tu szuka. Hieronim przeżegnał się eskatonicznym znakiem wrót.

-         Jestem brat Hieronim z klasztoru w Palas, a przybyłem tutaj szukać prawdy.

Momentalnie wyczuł koncentrującą się na nim moc; a potem drzwi rozsunęły się bezgłośnie. Chłodne powietrze owionęło jego twarz.

-         Złą porę wybrałeś by tu przybyć – w półmroku korytarza dostrzegł sylwetkę brata furtiana – Ale skoro tu jesteś, wejdź.

Gdy tylko przestąpił próg, wrota zamknęły się za nim. Nagle poczuł się odcięty, zamknięty, osaczony...ten atak strachu omal go nie zdemaskował. Zdusił narastający lęk i podszedł do furtiana. Był to mężczyzna w średnim wieku, tęgi, niewysoki, raczej niepozorny. W jego ciemnych oczach znalazł jedynie zaskoczenie i troskę.

-         Jestem brat Amadeusz – przedstawił się mierząc przybysza wzrokiem od stóp do głów. – Chodź, z pewnością pragniesz odpocząć, ten żar może dać się we znaki.

-         Ale przeor...- Hieronim miał nadzieję, że w jego głosie było dostatecznie dużo zdziwienia.

-         Przeor... – furtian popatrzył na niego ponuro – Jego wielebność Daniel zmarł i jeszcze nie wybraliśmy nikogo na jego miejsce. Wieczorem spotka się z tobą magister Dolores Li Halan Przedstawisz jej swoje dokumenty.

Szli długo. Amadeusz przedstawiał Hieronimowi wewnętrzną regułę klasztoru, opisał rozkład dnia i rozmieszczenie pomieszczeń, oraz zakres obowiązków, starannie omijając kwestię tragicznej śmierci większości jego przełożonych. Młody mnich nie słuchał go zbyt uważnie. Modlił się. Nadszedł czas, by rozpocząć wykonywanie zadania. Musiał być bardzo ostrożny.

*** 

-         Posłuchaj mojej rady, bracie – głos Dolores Li Halan drgnął – wyjedź stąd jeszcze dziś. To nie jest dobre miejsce. Przynajmniej teraz – podkrążone oczy i zmęczony wyraz twarzy dobitnie świadczyły, że członkini Rady Wtajemniczonych nie kłamie, mówiąc o niebezpieczeństwie. -  Zapewne już usłyszałeś o śmierci przeora...Musisz wiedzieć, że z Rady przy życiu zostałam tylko ja, brat Sebastian Fey i siostra Eleanor Thana. Dołożyliśmy wszelkich starań, by znaleźć zdrajcę. Jednak jesteśmy bezsilni – bezwiednie zacisnęła pięść.

-         Dziękuję za te słowa, ale nie mogę wyjechać – odpowiedział cicho – Skoro tu jestem, być może tak właśnie miało być

Dolores spojrzała na niego z dezaprobatą. Wiedział, jakie słowa pragnęła wypowiedzieć. Potem jednak ledwie zauważalnie wzruszyła ramionami.

-         Jeśli tego chcesz. Strzeż się jednak.

Znaki namalowane kredą na kamiennej posadzce celi zaświeciły blado, gdy zaczął recytować „Modlitwę Świętego Horacego” Zamknął oczy, skoncentrował się i spróbował zjednoczyć z tym miejscem. Moc jednak wymykała mu się. Za bardzo się bał, że odsłoni swoją duszę na coś złego. W końcu zrezygnował z prób.

Z początku patrzyli na niego nieufnie. Pozdrawiali go i odchodzili do swoich spraw, które najczęściej wykonywali mechanicznie, bez jakiegokolwiek zainteresowania. O ile znudzenie codziennymi pracami był w stanie zrozumieć, to do tej pory jeszcze nie widział eskatoników bezmyślnie przerzucających karty ksiąg. Starał się być pomocny, ale nie usiłował się narzucać. Oszczędnie rozdzielał słowa i gesty. Szybko zauważył, że w tej trudnej sytuacji duchowni podzielili się – wysocy rangą wyraźnie coś ukrywali. Pomniejsi mnisi nie rozumieli, dlaczego tak jest. Aura wzajemnych podejrzeń narastała. Hieronim szybko zrozumiał, iż nie tylko jemu wydrążone w czerwonym kamieniu korytarze jawią się pułapką. Widział spłoszone spojrzenia, nerwowe gesty, ukradkiem i stanowczo zbyt często odprawiane rytuały odpędzające złe duchy. Zauważał, jak wszyscy starają się unikać samotności, jednocześnie rzadko tylko odzywając się do współbraci. Czuł wibrującą moc. Każdy sprawdzał każdego. Jak się wkrótce przekonał – bezskutecznie. W żadnym z mnichów nie znalazł piętna paktu z ciemnymi mocami. Mógł jednak po prostu być zbyt słabym i niedoświadczonym teurgiem, by to zauważyć. Zdecydował jednak, że jeśli chce cokolwiek osiągnąć, musi uwierzyć w ich niewinność i opanować dławiący go strach. Musi być silny, silniejszy od nich. Bardziej otwarty. Wtedy, prędzej, czy później nie wytrzymają i przyjdą do niego.

Tego popołudnia czytał w klasztornej bibliotece „Listy Św. Paulusa”. Lubił tu przebywać; towarzystwo ksiąg zawsze go uspokajało. Poza tym  - aura świetnej przeszłości, atmosfera zadumy i kontemplacji odsuwały na dalszy plan niepokój. W pewnej chwili zauważył, że ktoś uporczywie mu się przygląda. Uśmiechnął się zapraszająco. Postać w habicie drgnęła, ale potem energicznie wstała, podeszła i usiadła obok.

-         Demony...- głos młodego mnicha rwał się.

Kilka osób podniosło głowy znad studiowanych właśnie ksiąg. Hieronim pochylił się ku rozmówcy, który natychmiast ściszył głos.

-         Demony przybyły wraz z pustynną burzą...Straszne jak żar piasków...Potężne...o jakże potężne...Moc przeora złamały jak słomkę...Obróciły w popiół pięciu szlachetnych, którzy stanęli przeciwko nim. Strzeż się, albowiem dzień sądu jest bliski. Potwory wypełzają ze swych pieczar i piją krew sprawiedliwych!

Nie potrafił mu pomóc, a przynajmniej nie tak, jakby chciał. Nie miało sensu pocieszanie i twierdzenie, że wszystko będzie dobrze. Mógł jedynie zapewnić, iż zrobi co w jego mocy, by pomóc w rozwiązaniu tej sprawy i zaproponować wspólną modlitwę. Rozmowa z bratem, jakkolwiek niewiele przyniosła informacji przełamała opory innych. Już nie stroniono od rozmów z nim, wręcz przeciwnie – zaczęto mu się zwierzać.

 

-         Zło dotarło także tutaj. – powiedział znienacka brat Klemens sięgając po gałązkę śliwy.

Dwoma zręcznymi ruchami naciął pień drzewka, wsunął w wycięcie gałązkę, posmarował zieloną maścią i obwinął wstęgą materiału. Pracowali właśnie w Ogrodzie Luster, nazywanym tak ze względu na przemyślny system oświetlania wykutych w skale sal. Część z hodowanych tutaj drzewek właśnie kwitła, w chłodnym, wilgotnym powietrzu oprócz zapachu roślin unosiła się woń kwiatów.

-         Sądziliśmy, że nasza moc je powstrzyma, jakże byliśmy naiwni. Zawiedliśmy, pozwoliliśmy zakraść się w święte miejsce i zabić najlepszych z nas. O, biada nam wszystkim.

Bujna roślinność, napełniające salę światło, odłamki błękitu w oknach na końcu wysokich szybów, wszystko to zdawało się zaprzeczać słowom mnicha.

 

-         Nie wiem...Nic już nie wiem... – mimochodem skubała rękaw habitu – Kiedy tu przybyłam i spotkałam brata Daniela sądziłam, że tego człowieka nic nie złamie, nic nie pokona. Był silny i mądry. Nie posiadałam się z radości, kiedy zaczął mnie uczyć. Znał sekrety nieba i ziemi. Zawsze uważałam, iż Wszechstwórca obdarzył go szczególną łaską. Albo siostra Juanita, przez długie lata zgłębiająca zagadkę umierających słońc. Uparta i zdecydowana. Chciałam być taka jak ona. A teraz...teraz nie wiem już, komu zaufać – delikatnie objął ją ramieniem. Szybkim gestem obtarła oczy. – Wiedziałam, że byli ludźmi, jednak nigdy tak naprawdę nie przyjęłam tego do wiadomości, zawsze wydawali mi się kimś więcej...Kiedy dowiedziałam się o ich śmierci, po prostu nie mogłam w to uwierzyć...


 


-         Nie należało pozostawiać tutaj tych ksiąg – stary eskatonik pociągnął inicjał manuskryptu czerwonym tuszem. – Były zbyt niebezpieczne, zbyt potężne...- przyjrzał się krytycznie swojemu dziełu.

Hieronim milczał.

-         Człowiek nie powinien znać zawartej w nich wiedzy...Jest na nią za słaby...Wszystko bowiem ma dwie strony chłopcze...Ta sama woda pozwala żyć roślinom i zatapia miasta. Wcale nie dziwi, że ktoś sięgnął po tę moc...A teraz, gdy już ją posiadł los nas wszystkich jest przesądzony.

Klęczał. Nabożeństwo skończyło się przed chwilą i mnisi powoli opuszczali kaplicę. Ktoś lekko trącił go w ramię

-         Dzisiaj po północy – szepnął mnich w nasuniętym na twarz kapturze habitu. – Tutaj.

 

-         Antynomiści...Przeklęte psy – twarz brata Adoberta stężała. Szybko sięgnął po kubek z ziołami i pociągnął duży łyk. Hieronimowi wydało się, że poczuł słaby zapach alkoholu. – nie mam pojęcia jak mogli przekraść się tutaj...Musieli to długo planować...Wniknąć pomiędzy nas powoli i niepostrzeżenie. Wzbudzić nasze zaufanie, zamaskować się...A potem uderzyć, znienacka i straszliwie. Jak mogliśmy być tak ślepi...Nie ufaj nikomu chłopcze, nikomu...nawet przełożonym...każdy z nich może być zdrajcą.

Snop księżycowego światła z okrągłego okna w zdobionym freskami suficie padał na ołtarz, gdzie spoczywała zamknięta teraz „Ewangelia Omega”. Gdzieniegdzie postaci świętych wyłaniały się z półmroku, połyskiwała złota farba, którą pomalowano płomieniste aureole. Czerwień szat i zdobień w mroku zamieniała się w czarno-brunatny odcień. Hieronim czekał, starając się być przygotowanym na wszystko.

 

-         Tak, to ja znalazłem brata Cypriana. Właściwie nie powinienem ci tego mówić... magister Sebastian zabronił...Ale ja już dłużej nie wytrzymam... Nie mogłem zasnąć i postanowiłem udać się do obserwatorium. Przechodząc korytarzem zobaczyłem uchylone drzwi do celi Cypriana...musisz wiedzieć, że on nie mieszkał w części przeznaczonej dla wyższych rangą tylko w pobliżu kopuły...– Rodrigo kurczowo ściskał ramię Hieronima. - To było straszne...Leżał na środku swojej celi w kałuży na wpół zakrzepłej krwi...W dłoni ściskał bicz...zakatował się...Pobiegłem do przeora...ale drzwi były zamknięte... Pukałem kolejno do cel członków Rady...również były zamknięte...chociaż nie...cela siostry Juanity była otwarta i pusta...A potem spotkałem Sebastiana...Miał taki straszny wyraz twarzy...

***

 

Od dwóch dni wszyscy mówili tylko o tym, że wreszcie przybędzie przedstawiciel Sanhedrynu. Atmosfera wyraźnie zelżała...Hieronim się nie cieszył. W dalszym ciągu wiedział zbyt mało.

-         Pycha. Największy grzech teurga – stara kapłanka przesunęła dłonią po rycinie przedstawiającej powołanie Świętego Hombora. – Być może, w swym dążeniu do wiedzy posunęli się zbyt daleko. Wspaniałe jest poznawanie świata, bo w dziełach Wszechstwórcy można czasem znaleźć cząstkę Jego samego. Ale trzeba wiedzieć kiedy przestać, by nie zacząć sięgać po boże tajemnice. Bo wtedy popełnia się świętokradztwo, a za to jest tylko jedna kara...albo szukając zbyt głęboko można obudzić bestie...Czasem to, co zdaje nam się być drogą do prawdy w istocie prowadzi w ciemność.


Było już późno i właśnie kładł się spać, gdy odezwało się nieśmiałe pukanie. Za drzwiami czekał brat Amadeusz. Hieronim przeraził się zobaczywszy go – roztrzęsionego i zrozpaczonego. Złamanego.

 



-        
Nie pilnowałem furty – głos Amadeusza załamał się – tej nocy, właśnie tej nocy...była taka okropna pogoda...pomyślałem sobie, kto w takiej piaskowej burzy miałby przyjść...chciałem się tylko odrobinę zdrzemnąć...Wszechstwórco, gdybym wiedział...Kiedy obudziłem się był piękny, słoneczny ranek...ani śladu wichury...A potem...potem siostra Eleonor i brat Sebastian wraz z Braćmi Wysokiej Świątyni powiedzieli mi, co się stało...kazali iść do kaplicy, modlić się za dusze Daniela, Ernesta i Cypriana...A potem...dowiedziałem się, że na pustyni znaleziono zwłoki Juanity i Izmaela...- brat furtian skulił się na krześle, schylił głowę. – Gdybym wtedy wiedział, gdybym wiedział..

-         Wciąż zastanawiasz się, kto jest odpowiedzialny za tę śmierć? – ironiczny grymas wykrzywił twarz starszego mężczyzny.

Hieronimowi wydało się, że z zawieszonych na ścianach obserwatorium map nieba wysącza się mrok. Tyle ciemności, ogniki gwiazd tak nieliczne - białe punkciki na granatowych płachtach. A w rogach niektórych map – skłębione, czarne kształty Krakenów.

-         Kto pozostał żywy...Kto przejmie władzę...– podjął mnich, po krótkiej chwili spoglądania w zdobiony srebrnymi okuciami teleskop - Największe z demonów czają się nie w mroku pomiędzy gwiazdami, ale w mrokach naszych serc. To właśnie ich oddechy zabijają słońca.

 

Tym razem zdało mu się, że wreszcie rozumie uwięziony wśród kamiennych korytarzy cień uczucia. Nie potrafił tego dookreślić, zmęczony zasnął i śnił o płonącej księdze. Zwęglonych kartach porywanych przez wiatr.

***

Nazajutrz rano przybył Dominik Li Halan. Uczestniczył w południowej mszy, a następnie zamknął się w części zamieszkanej przez Braci Wysokiej Świątyni. Ani on, ani żaden z członków Rady nie pojawił się na nieszporach. Mijały godziny. Pozostali czekali w napięciu. Przestali się nawet kryć z własnymi obawami i podejrzeniami. Snuli dziesiątki przypuszczeń. W końcu rozeszli się do swoich cel niepewni i zasmuceni.

Wezwano go do komnat Rady o świcie. Dominik czekał na niego w komnacie przeora. Hieronim opowiedział mu wszystko, czego zdołał się dowiedzieć od współbraci.

-         Myślę, że żaden z nich nie jest winny – zakończył. – Jednak nie jestem pewien...Nie sądzę, bym był dość silny, by rozpoznać demony zdolne zabić tak potężnych ludzi.

-         Potęga... – uśmiechnął się przelotnie Dominik – nie zawsze jest tym, czym się wydaje. Wielu o tym zapomina.

Milczał przez dłuższą chwilę wpatrując się na wyłaniającą się zza wydm pomarańczową kulę słońca.

-         Odprawiłem rytuały, mające mi pomóc odkryć zło w tym miejscu, w ludziach, lecz nie znalazłem go – podjął Hieronim. – Zamiast nich natrafiłem na gasnące echa desperacji i rozpaczy...Urywki snów. Posadzka pokryta jarzącymi się purpurowo znakami, krzyki mieszające się z wyciem wichru, drżąca ręka, zapisująca kartę, płonąca księga i wreszcie – podnóże Czerwonych Skał – widziane z góry... pęd powietrza, upadek, i przybliżający się piach...Budziłem się wtedy...Być może, gdybym miał dość umiejętności i odwagi, by dośnić sen do końca...

-         Zrobiłeś co mogłeś. – Li Halan obdarzył go uważnym spojrzeniem – Ze swojej strony mogę Cię zaręczyć, iż podejrzenia części braci są niesłuszne. Żaden z pozostałych przy życiu członków rady, ani ich pomocników i uczniów nie zorganizował kradzieży księgi, ani nie zamordował. Są równie nieświadomi i przerażeni. A może nawet bardziej...

-         Skoro tak, dlaczego nic nie mówią? Dlaczego odesłali brata Amadeusza zanim wybrali się na pustynię, skąd przynieśli ciała? Czemu zabronili mówić o tym, jak umarł Cyprian Ulve?

-         To skomplikowana sprawa – powiedział Dominik, kiedy Hieronim zaczął się już zastanawiać, czy nie powinien wyjść. – Ale ty przecież prawdopodobnie widziałeś urywki ich śmierci...Powiedziałem Ci, że jeśli uznam za stosowne wyjawię więcej. Teraz możesz wybrać – prawdę, która może okazać się wstrząsająca i bolesna lub nieświadomość. Jeśli wybierzesz nieświadomość – wyjedziesz stąd jeszcze dziś i wrócisz do Palas. Jeśli zdecydujesz się zostać – odpowiem ci, ale wtedy nie będziesz mógł zrezygnować.

Młody mnich skinął głową.

-         Wybieram prawdę. – odparł. – Pragnę zakończyć tę sprawę.

Wydało mu się, że przez twarz Dominika ponownie przemknął cień uśmiechu.

-         Jesteś pewien? Nawet jeżeli miałoby to zaprowadzić cię tam, gdzie nigdy nie spodziewałbyś się trafić?

-         Tak.

-         Dobrze więc. Tamtej nocy Sebastian obudził się z krzykiem. Ze swojego snu pamiętał jedynie twarz Daniela de Hazat. Czuł, że stało się coś złego. Pobiegł więc do celi przeora. Znalazł go martwego. Żadnych śladów krwi, obrażeń. Późniejsza sekcja wykazała atak serca. Wszyscy pozostali popełnili samobójstwo

Hieronim zaczynał rozumieć wagę dokonanego przez siebie wyboru.

-         O Cyprianie wiesz...Ernesto podciął sobie żyły we własnej celi, Saphira znaleziono pół kilometra od klasztoru – przebił się sztyletem, zaś Juanita skoczyła ze skały.

-         Znaleziono przy nich jakieś...ślady, listy, cokolwiek?

-         Nic. – Dominik spojrzał mu prosto w oczy. – Dlatego dzisiaj w nocy zbieramy się w Wysokiej Świątyni. Pięciu zginęło i pięciu potrzeba, by odkryć tajemnicę ich śmierci. Dolores, Sebastian, Eleanor, ja...i ty, bracie Hieronimie.


***

 

Kamienne schody wiły się serpentyną wewnątrz skalnej iglicy. Wchodzili w milczeniu. Prowadził Dominik, tym razem odziany szaty koloru płomieni, za nim podążali członkowie Rady w czarnych habitach zdobionych czerwonozłotymi symbolami. Pochód zamykał Hieronim.

Cichy szczęk klucza i ozdobione platynowymi okuciami drzwi do Wysokiej Świątyni otworzyły się przed nimi. Pomieszczenie nie było duże – mogło pomieścić zaledwie kilkanaście osób. Hieronim zdziwił się niepomiernie wszedłszy tam – spodziewał się bogactw – rzeźb, kunsztownych zdobień, szlachetnych metali, alchemicznych znaków...tymczasem kaplica była niemal pusta. Pod ośmioma ścianami z czarnego, idealnie oszlifowanego kamienia stały misy na trójnogach. Zamiast dachu kaplicę wieńczyła szklana kopuła.

Eleanor sięgnęła do przyniesionej przez siebie amfory z białym piaskiem i zaczęła wysypywać wzór na posadzce, wkrótce do powstającego wzoru dołączyły czerwone linie kreślone przez Sebastiana. Dolores zapaliła znajdujący się w misach proszek – buchnęły białosrebrzyste płomienie.

Na dany znak zajęli swoje miejsca w wyznaczonym splatającymi się liniami piasku kręgu. Dominik wyrecytował pierwsze słowa modlitwy. Ognie w misach jakby przygasły. Wkrótce dołączyła do niego Eleonor, jej wysoki i melodyjny głos splótł się ze spokojnym i pewnym głosem Li Halana. Następna była Dolores – recytowała dobitnie, akcentując każde słowo. Piaskowe linie zaczęły zmieniać swoje położenie. Kiedy odezwał się Sebastian napływająca do Kaplicy moc zaczęła ogniskować się na nich. Hieronim przyłączył się do inkantacji ostatni. Nowo nauczone słowa popłynęły z jego ust nadspodziewanie łatwo. Powoli wyciągnął rękę i zaczął kreślić w powietrzu symbol prawdy. Jego gesty pozostawiły w powietrzu świetliste smugi. Rozgwieżdżone niebo zawirowało i rozbłysło...

...Decyzję podjęła o świcie. Wyglądając przez wąskie okno, za którym blakły gwiazdy, zrozumiała, że nie ma innego wyjścia. Po całej nocy chodzenia od ściany do ściany ta myśl wydała jej się piękna. Przecież nie było nawet nad czym się zastanawiać. Niepotrzebnie straciła tyle czasu...a może miało to sens. Juanita Li Halan wybiegła ze swojej komnaty. Teraz w górę, wąskimi schodami, szybciej...Potykając się w półmroku biegła, zalegający przejście czerwony pył tłumił kroki. Musi zdążyć. Długo, za długo, za daleko, czyżby pomyliła drogę...nie, jest klapa. Otworzywszy ją odetchnęła z ulgą. Było jeszcze wcześnie. Zimny wiatr omiatający płaskowyż zmierzwił jej czarne włosy. Odgarnęła je i poprawiła. Wolno podeszła nad krawędź urwiska. Kiedy niebo na wschodzie pojaśniało przeżegnała się odruchowo. Zatrzymała dłonie w pół gestu i roześmiała się gorzko. Nie, już nie będzie się modlić. On nie zasłużył na jej modlitwę. Czekała, stojąc nieruchomo, wpatrzona w horyzont na wschodzie, który wolno rozjarzał się purpurową łuną. Wreszcie zobaczyła je, jak wyłania się z piasków. Symbol jej daremnej wiary. Wyciągnęła przed siebie ręce.

-         Czemu się od nas odwróciłeś! – wykrzyczała prosto w ogromną, krwistoczerwoną tarczę słońca zanim skoczyła...

 

...Ostrożnie zamknął drzwi do celi Ernesta. List znaleziony przy ciele przyjaciela włożył pomiędzy karty „Księgi Płomienia”. Nie mieli prawa poważyć się na coś takiego. Popełnili świętokradztwo. A teraz, Ernesto zaprzepaścił swoją duszę. Izmael Saphir Al-Malik delikatnie przesunął ręką po aksamitnej oprawie. W oczach starego mnicha zalśniły łzy. Nie miał wyboru. Księga była zbyt niebezpieczna. Prędzej, czy później ktoś mógł sięgnąć po nią ponownie.

Szybko przeszedł przez cichy, uśpiony klasztor. Schodził coraz niżej, w końcu zatrzymał się przed głównym wejściem. Uśmiechnął się łagodnie na widok drzemiącego brata Amadeusza.

Kiedy otworzył wrota, podmuch wichury omal nie wepchnął go z powrotem do środka. Przytrzymał się odrzwi i skoncentrował. Drobiny piasku zatrzymały się na niewidzialnej barierze. Szybko przestąpił próg, brama zasunęła się cicho. Szedł szybko; wiedział, że mocy nie starczy mu na długo. Poza jego skromną osłoną wiatr pędził tumany piachu i nie było nic więcej – ani pustyni, ani nieba, ani klasztoru za jego plecami. Może tak właśnie miało być. Kiedy zrozumiał, że słabnie zatrzymał się. Przez chwilę trzymał księgę na wysokości twarzy, a potem wypowiedział kilkanaście słów. Manuskrypt zapłonął ogniem. Ból poparzonych dłoni zdekoncentrował go. Niewidoczna zasłona znikła, księga upadła otwierając się, wiatr porwał sczerniałe już karty. Izmael upadł na kolana. Zrobił, co musiało zostać zrobione. Ale to jeszcze nie był koniec. Odprawiając tamten rytuał zgrzeszył pychą, być może ściągając gniew Wszechstwórcy na wszystkich w tym klasztorze...na całej planecie. Nie miał szans na odkupienie. Wobec tego istniał tylko jeden sposób, by to powstrzymać. Sięgnął do pasa i wymacał rękojeść sztyletu. Zważył żelazo w dłoni. Ostatni raz miał go w rękach, kiedy był jeszcze młodym chłopakiem i nie przypuszczał nawet, jaką wybierze drogę. Zabrał go ze sobą, jako pamiątkę, gdyż należał kiedyś do jego ojca. Teraz jednak miał mu posłużyć raz jeszcze. Był szlachcicem i wiedział, co oznacza honor...

...Cyprian klęczał pośrodku komnaty obnażony do pasa. Twarz ukrył w dłoniach. Wycie wichury przywodziło mu na myśl jęki demonów i potępionych. Więc przyszli po niego, a teraz krążą wokół klasztoru...Czekają...Sięgają po niego, grzesznika, świętokradcę...Już wkrótce przyjdzie mu zapłacić. Nie, nie mógł zwlekać. Chwycił rękojeść bicza i wymierzył sobie pierwszy cios. Miał wrażenie, że ból go oczyścił. Kolejne uderzenie, pręgi na plecach spłynęły krwią. I jeszcze raz. I jeszcze...

...Ernesto wpatrywał się w misternie rzeźbioną klepsydrę. Nocne godziny mijały leniwie. Piasek przesypywał się powoli, wąską strużką opadał na dno szklanej bańki. Więc to tak, pomyślał po raz kolejny. Tylko tyle. Chociaż miał niecałe trzydzieści lat i był najmłodszym z Rady poczuł się stary. Bardzo stary. Starszy niż księga, która spoczywała na stole tuż obok niego. Po raz kolejny otworzył rękopis i przeczytał słowa modlitwy i opis rytuału. Nie miał najmniejszej wątpliwości, że wszystkie instrukcje wykonali poprawnie. Poza tym – przecież czuł wtedy tę moc. Z westchnieniem zamknął manuskrypt. Zatem wszystko czego się uczył i do czego dążył było kłamstwem. Arkusz czerpanego papieru i ozdobne pióro leżały na stole obok klepsydry. Zawsze lubił kaligrafię, czemuż więc miałby zaniechać jej w tym momencie. Przypomniał sobie, jak jego matka powtarzała mu, że kiedy wszystko traci sens pozostają tylko puste gesty, rutyna, codzienne rytuały. Właśnie – rytuały. Uśmiechnął się krzywo.

Przez chwilę zastanawiał się nad czymś z półprzymkniętymi oczyma.

„Nie żałuję tego, co zrobiliśmy. Zapewne wielu  z was uzna to za świętokradztwo, ja jednak uważam, iż mieliśmy prawo domagać się odpowiedzi. Nie uzyskaliśmy jej jednak. Zamiast tego – milczenie. I tylko milczenie. Gdzie jest Ten, który objawił się Prorokowi. Ten, w którego wierzyłem przez całe swoje życie. Sądziłem, że wędruję do niego a teraz koniec mojej drogi utonął w mroku. Może nigdy nie było Płomienia królującego w Empireum. Podczas gdy my wierzymy w zbawienie, miotają nami ślepe siły, którym próbujemy nadać kształt nalewając do czar naszych chwiejnych przekonań. Nieposłuszna moc, kierunkowana naszą wolą, a nie wolą istot wyższych. Aniołowie bez głów i skrzydeł, nasze własne iluzje. Nasza ucieczka przed ciemnością. Krucha bariera szturmowana przez pustkę. Kim jesteśmy, porzuceni w świecie, pogrążającym się w mroku? Gdyby wszystko, co o Tobie mówiono było prawdą nie pozostawiłbyś nas tutaj na pastwę demonów. Zatem – nigdy Cię nie było. Oszukaliśmy sami siebie, bo tak było nam łatwiej. A teraz – prawda odarła mnie z nadziei. I muszę ze smutkiem stwierdzić, iż nie potrafię z tym żyć.”

Złożył zamaszysty podpis, odłożył pióro i sięgnął po nóż...

Najwyższa Kaplica, noc. Pięć sylwetek na tle żółtych płomieni w misach. Daniel de Hazat pochyla się i kreśli na posadzce symbole. Pomagają mu Izmael i Juanita.  Ernesto trzyma „Księgę Płomienia” i coś z niej czyta. Głosy są przytłumione, niewyraźne. Chwilami na wizję z przeszłości nakłada się rzeczywisty obraz Kaplicy. Białe ognie gasną, na twarzach teurgów widać skrajne wyczerpanie...Cyprian recytuje monotonną modlitwę. Trzej członkowie Rady kończą rysunki. Hieronim rozpoznaje niektóre znaki i czuje lód rozpełzający się po jego ciele. Dolores tłumi okrzyk, na twarzy Eleanor maluje się zdziwienie...Daniel de Hazat daje znak i wszyscy stają w kręgu. Zaczynają mówić jednocześnie. Twarde, rytmiczne słowa. Przestrzeń zdaje się pulsować. Zapada ciemność, głosy mówią coraz szybciej. Symbole na posadzce rozbłyskują purpurowym światłem...Hieronim wie już, kogo chcą przywołać, kogo zmusić do ukazania się. Wyrwać się stąd, wyrwać zanim...Powietrze w Kaplicy jest zimne, unoszą się w nim obłoczki pary. Sebastian słania się i z trudem utrzymuje równowagę...Wysiłkiem woli wraca do tamtej nocy, tamtego rytuału...Zgromadzona moc zdaje się rozsadzać Kaplicę. Teraz...Daniel de Hazat wypowiada ostateczną inwokację...

Dolores osuwa się na ziemię, w chwilę potem przytomność traci Sebstian, na końcu Eleanor. Wizja zostaje przerwana. Hieronim klęka. Kiedy podnosi głowę widzi Dominika. Z dobrze znanej twarzy spoglądają ku niemu płonące oczy.

-         Wstań – mówi Li Halan twardym, metalicznym głosem.

Mnich wstaje chwiejnie i prostuje się. Dominik idzie ku niemu zacierając piaskowe symbole, jednak moc nie słabnie. Wręcz przeciwnie, narasta z każdym krokiem duchownego. Hieronim czuje żar bijący od postaci w ognistych szatach. Dominik zatrzymuje się tuż przed nim i ujmuje jego twarz w dłonie. Dotyk Li Halana pali.

-         Patrz – szepcze.

Hieronim poddaje się mocy, która przypływa i ogrania go ponownie. Znów jest tamta noc, twarze członków Rady wykrzywione bólem, drgająca szkarłatna poświata, Daniel wykrzykujący ostatnie słowa przyzwania...Potęga eksplodująca oślepiającym błyskiem.

Ciemność, w niej – blade światło. Zwój unoszący się w powietrzu pośrodku kaplicy. Przeor leży na posadzce, pozostali wpatrują się w pergamin, który po chwili wybucha płomieniem i rozsypuje się w popiół.

***

-         Pergamin był pusty. – presbuteros powiódł wzrokiem po zgromadzonym tłumie

Wszyscy milczeli.

-         Nie nakreślono na nim ani jednego słowa – podjął po chwili. – Patrzyłem na ich rozpacz....i nagle zrozumiałem, że oni wszyscy się mylili – głos Hieronima nabrał mocy. – Bo to była odpowiedź! Nic nie jest przesądzone, zdecydowane! Nie jesteśmy skazani! Nasza przyszłość jest otwarta. Wciąż możemy mieć nadzieję...

-         Wydarzenie w Czerwonych Skałach zatuszowano, by chronić autorytet Kościoła i wiarę, bo członkowie Rady nie chcieli przyznać mi racji. Ostatnia wizja była dla mnie...i jak to powiedział Dominik poprowadziła mnie drogami, na które nigdy wcześniej nie spodziewałem się wstąpić. On sam zaś...następnego dnia odjechał i nigdy nie udało mi się go znaleźć. Nikt nie słyszał o takim człowieku, nie znalazłem żadnych dokumentów, jakichkolwiek śladów..

Gdzieś w głębi katedry odezwały się pierwsze okrzyki. Hieronim uniósł rękę.

-         Światło, prawdziwe światło jest w nas – powiedział – I pozostanie tak długo, jak długo my będziemy tego chcieli. Chociażby nawet miały zgasnąć wszystkie słońca.


W tej samej chwili słońce wzniosło się na tyle wysoko, by jego promienie załamały się w dziesiątkach umieszczonych w świątyni luster. Blask zalał kościół, pielgrzymi oślepieni zmrużyli oczy. Gdy je otworzyli dostrzegli księży biegnących w stronę podwyższenia, na którym leżało bezwładne ciało Hieronima



blog comments powered by Disqus